Dawno, dawno temu, między iglastymi szczytami a błyszczącymi potokami stała chatka niczym z piernika. Mieszkał w niej krasnoludek Bazylek - ruda broda, policzki jak dojrzałe jabłka i czapeczka jak poziomka. Podlewał truskawki, naprawiał płotki i pomagał ptakom z rozplątanymi niciami. Góra pachniała śniegiem nawet latem, i Bazylek kochał ten cichy, cukierkowy świat.
Pewnego dnia wiatr przyniósł wieści: na srebrzystej plaży pojawił się czarodziej Draks - peleryna jak smoła, spojrzenie jak szpon. Zamęcał morze, mieszał w sieciach rybaków i straszył zwierzęta, aż drzewa trzęsły się nocą z lęku.
Bazylek zapakował kaftan w kratę i ruszył w dół, w stronę szumu fal.
Na skraju lasu pod sosną czuwała Mądra Koza, srebrzysta jak księżyc. Wiedziała wszystko o zagadkach i o sercach.
- Sam nie wystarczysz - rzekła. - Zbierz tych, których Draks dotknął bólem, i idźcie jak zgrana nuta.
Bazylek poszedł po pomoc. Pracowita pszczółka Bibi krążyła nad fioletowymi kwiatami.
- Dam ci miód w bitwie, jeśli przyniesiesz nektar z najwyższego dębu - zaświergotała.
Bazylek wspiał się po chropawym pniu i napełnił maleńki garnek słodyczą, której Bibi sama nie dosięgnęła.
Na wzgórzach smucił się renifer Roki - zgubił poroże w burzy. Bazylek przemierzał strumienie i paprocie, aż pod starym świerkiem znalazł zgubę. Roki podskoczył z radości i obiecał, że będzie kotwicą drużyny.
Na łące tańczyła Radosna Krowa Łatka.
- Pomogę - mruczała - jeśli nauczysz mnie ślizgać się po rosie jak po parkiecie.
Bazylek, choć nigdy przedtem nie tańczył z krową, pokazał kilka fig - i śmiali się tak, że trawa zadrgała od wesołości.
Na plaży Draks już machał rękami, morze ciemniało. Bibi zakrążyła nad nim i skropiła czapkę lepkim miodem, aż czarodziej kręcił głową jak zawadiaka po karuzeli. Roki oplotł go porożem niczym workiem. Łatka przewróciła dzban mleka pod jego nogi - i Draks, poślizgnąwszy się, wylądował w pianie solnej i śmietanki, a zaklęcia rozpłynęły jak piana.
Wtedy Mądra Koza wyszła z cienia. Jej oczy błysnęły spokojem.
- Niech wrócisz do tego, kim naprawdę jesteś pod czernią - szepnęła.
Draks zmienił się w maleńkiego żółwia o smutnych oczach - nie jako kara, lecz jako druga szansa: powoli, ale pewnie uczyć się dobroci.
Plaża rozbłysła tęczą. Zrobiono święto tańca; nawet Koza pląsała na trzech nogach, a Bazylek uczył kroku, który nie gubi rytmu przyjaźni.
Żółw, który był kiedyś Draksem, nosił dzieciom muszelki i zbierał śmieci z piasku - bo odkrył, że małe ręce klaskają najgłośniej, gdy robi się dobrze.
I tak, kochany śpiochu, kończy się historia o jedności: razem możemy posłać zło na błoto - dosłownie i na lądzie, i na plaży. Dobranoc.
Postacie w tej bajce
Kliknij obrazek — zobaczysz więcej opowieści z tym bohaterem.