Na skraju wsi, tam gdzie ostatnie płoty wtapiały się w las, mieszkała dziewczynka, którą wszyscy nazywali Czerwonym Kapturkiem. Nazwa wzięła się od czapeczki uszytej przez babcię — czerwonej jak dojrzała malina i tak ciepłej, że dziewczynka nie zdejmowała jej nawet latem.
Pewnego ranka mama spakowała do koszyka bochenek chleba, słoiczek miodu i garść suszonych jabłek.
- Babcia trochę kaszle - powiedziała. - Zanieś jej to i wróć przed zmierzchem. Idź ścieżką i nie skracaj przez zarośla.
Czerwony Kapturek obiecał i ruszył. Las pachniał żywicą i mchem. Wiewiórka Ruda przemknęła przed nim z orzechem w pyszczku, dzięcioł wystukiwał na sośnie równe „tuk-tuk-tuk", a między drzewami przystanął jeleń o oczach jak dwa ciemne jeziorka.
Przy zakręcie ścieżki czekał wilk. Był duży, szary i miał uśmiech o jeden ząb za szeroki.
- Dokąd tak spiesznie? - zapytał słodko.
- Do babci, na drugą stronę lasu - odpowiedziała dziewczynka, bo nikt jej jeszcze nie powiedział, że nie każdemu trzeba odpowiadać.
- A widziałaś, jakie kwiaty rosną nad strumieniem? - wilk machnął łapą w bok. - Babcia na pewno by się ucieszyła.
Czerwony Kapturek zszedł ze ścieżki na jedną chwilę, potem na drugą, a kwiatów wciąż było mało. Tymczasem wilk pobiegł na skróty prosto do domku babci.
Ale babcia miała dobry słuch. Usłyszała, że kroki są za ciężkie jak na wnuczkę, i schowała się w spiżarni, zamykając drzwi na haczyk. Wilk wskoczył więc do łóżka, naciągnął czepek na uszy i czekał.
Gdy dziewczynka weszła do środka, coś jej się nie zgadzało.
- Babciu, dlaczego masz takie wielkie uszy?
- Żeby cię lepiej słyszeć - odchrząknął wilk.
- Babciu, a dlaczego masz taki szary nos?
Wilk otworzył pysk, żeby coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Za oknem dzięcioł zabębnił tak głośno i tak szybko, jak bębni się tylko wtedy, gdy w lesie dzieje się coś złego. Usłyszał to leśniczy, który ścinał nieopodal suchą sosnę, i przybiegł z siekierą na ramieniu.
Wilk wyskoczył przez okno i zatrzymał się dopiero na polanie. Tam usiadł i — ku zdziwieniu wszystkich — zaczął cicho popłakiwać.
- Nikt mi nic nie daje - wychlipał. - Zima była długa, a ja nie umiem prosić. Umiem tylko straszyć.
Babcia wyszła ze spiżarni, otrzepała fartuch i przyjrzała mu się uważnie.
- Straszenie to najgorszy sposób proszenia - powiedziała. - Ale nauczyć się można każdego.
Od tamtego dnia na skraju lasu, przy dużym kamieniu, stawiano miskę. Nie codziennie i nie za darmo — wilk w zamian odprowadzał zabłąkane owce do zagrody. A Czerwony Kapturek nauczył się dwóch rzeczy naraz: że ze ścieżki się nie schodzi i że nie każdy, kto warczy, jest zły. Czasem po prostu nikt go nie nauczył mówić „proszę".
Postacie w tej bajce
Kliknij obrazek — zobaczysz więcej opowieści z tym bohaterem.