Kiedy mama dziewczynki umarła, ojciec ożenił się powtórnie. Nowa żona przywiozła ze sobą dwie córki, trzy kufry sukien i mały czarny kuferek, do którego nikomu nie wolno było zaglądać. We wsi szeptano, że kobieta zna się na czarach. Szeptano cicho, bo miała bardzo dobry słuch.
Ojciec wyjechał w interesach i już nie wrócił. Wtedy w domu zmieniły się wszystkie zasady naraz.
Dziewczynka spała odtąd przy kuchni, wstawała pierwsza i kładła się ostatnia. Nosiła wodę, wygarniała popiół i piła to popiołem stale usmolona. Przyrodnie siostry nazwały ją Kopciuszkiem i nazwa przylgnęła.
Miała jednak troje przyjaciół, o których nikt nie wiedział: dwie myszy spod podłogi, gołębia z dachu i starego kota, który był za leniwy, żeby polować, ale w sam raz, żeby leżeć obok i mruczeć, gdy było smutno.
Gdy z zamku przyszło zaproszenie na bal, macocha przeczytała je na głos i uśmiechnęła się.
- Ty zostaniesz - powiedziała. - Ale nie jestem niesprawiedliwa. Przebierz soczewicę z popiołu. Jak skończysz przed północą, pojedziesz.
Wysypała pełną miskę do paleniska i wyszła. Soczewicy było tyle, że nie starczyłoby trzech nocy.
Kopciuszek usiadł na progu i przez chwilę nie robił nic.
Wtedy gołąb zagruchał na dachu. Zleciał, a za nim drugi, i trzeci, aż całe stado wpadło przez otwarte okno. Dziobały szybko i celnie: dobre do miski, złe do popiołu. Myszy odciągały łupiny. Kot pilnował drzwi.
Skończyli grubo przed północą.
Sukni jednak nie było. I wtedy stara mysz przypomniała sobie, że pod deską w izbie na piętrze leży zawiniątko, które chowała tam jeszcze mama dziewczynki. Była w nim suknia — trochę wyszła z mody, ale z prawdziwego jedwabiu — i para pantofelków tak małych, że mogły należeć tylko do jednej osoby na świecie.
Na balu nikt jej nie poznał. Królewicz nie odstępował jej na krok i zadawał mnóstwo pytań, z czego połowę o to, co lubi robić, kiedy nikt nie patrzy.
O północy wybiegła, bo obiecała myszom, że wróci, zanim macocha. Na schodach zgubiła pantofelek i nie zawróciła po niego.
Nazajutrz królewicz objeżdżał dom po domu. Starsza siostra wciskała stopę, aż zbielała jej twarz. Młodsza próbowała podwinąć piętę. Macocha powiedziała, że w tym domu nie ma już żadnej innej panny.
I wtedy z dachu zerwały się gołębie i zaczęły krążyć nad kuchennym oknem tak uparcie, że królewicz spytał, co tam jest.
- Popiół - odparła macocha.
- I ja - powiedział Kopciuszek, otwierając drzwi.
Pantofelek pasował, ale to akurat była najmniej ważna rzecz. Królewicz poznał ją wcześniej — po głosie, po sposobie, w jaki mówiła o gołębiach.
Siostry przeprosiły dopiero po roku i to nieskładnie, ale szczerze. Macocha spakowała czarny kuferek i wyjechała do miasta. Myszy dostały własną spiżarnię, gołębie gołębnik nad stajnią, a stary kot poduszkę przy kominku w największej sali zamku, gdzie przeleżał, mrucząc, jeszcze wiele lat.