Dawno, dawno temu, za Srebrzystymi Górami i pod Złotym Niebiem, leżało królestwo rozświetlone tysiącem barw, gdzie wiatr niósł melodię szczęścia, a rzeki szemrały starodawne zaklęcia. Królował tam władca zarówno mądry, jak i dobry - król Leopold. Jego oczy były głębokie jak leśne jeziora, a broda biała jak grudniowy śnieg, lecz serce miał młode, pełne odwagi i dobroci. Poddani kochali go, bowiem potrafił rozwiązywać nawet najtrudniejsze sprawy nie mieczem, lecz mądrością. Jego królestwo rozciągało się od Wielkiego Jeziora na północy, którego wody były błękitne jak płatki niezapominajki, po Oazę Nadziei na południu, gdzie rosły palmy, a słonka biegały po zielonych łąkach.
Ale nie wszystko było jasne jak dzień. W cieniu pradawnych dębów, wśród mgieł Tajemniczego Lasu i pośród ruin zapomnianych zamków, czaiło się zło. Najmroczniejsze zło miało imię i twarz - Mordek, nekromanta o oczach czarnych jak smoła i czapce uszytej z piór kruków. Jego zamczysko, poszarpane wichrami i oplecione czarną różyczką, stało samotnie na skraju krainy niczym rozczarowana skała. Mordek nie znał radości - serce miał zimne jak głaz, a jedyną mu przyjemność sprawiało sianie zamętu i towarzystwo cieni.
Pewnej nocy, gdy księżyc świecił jak srebrna moneta, król Leopold usłyszał niepokojącego gościa: cień przemknął przez salę tronową i ostrzegł go przed planowaniem nekromanty. Mordek zamierzał wznieść armię nieumarłych, podnosząc z grobów pradawnych wojowników, by zdobyć królestwo. Leopold długo myślał, patrząc na gwiazdy, a potem wezwał swoich doradców. Wszyscy byli wystraszeni. Ale król się nie zachwiał - postanowił działać.
„Nie ochronię tego królestwa samotnie," powiedział cichutko. „Potrzebuję sprzymierzeńców odważnych i niezwykłych.”
Następnego ranka, przy wschodzie słońca, wyruszył w podróż przez wonne łąki i szumiące lasy, by odnaleźć niezwykłe zwierzęta, o których mówiły legendy.
Pierwsza była Kasia, biała koza z oczami jak dwa szmaragdy i rogiem, który błyszczał w słońcu niczym złoto. Kasia mieszkała w Oazie Nadziei, wspinając się na najwyższe skały, gdzie tylko najdzielniejsze kozy potrafią dotrzeć. Była słynna nie tylko z odwagi, ale także z tego, że potrafiła robić fikołki przez sznury pereł, przeskakiwać przez rzeki i tańczyć tak wspaniale, że zapominały kłócić się nawet złośliwe lisy z trzmielami. Kasia przyjęła wyzwanie od króla uroczyście i od razu ruszyła z nim dalej, przekomarzając się z ptakami i śmiejąc się cichutko.
Podróż prowadziła ich przez Złotą Pradolinę aż do brzegów Wielkiego Jeziora. Tam, pośród trzcin i falujących lilii wodnych, spotkali dumnie stojącego wołu o imieniu Wojtek. Miał czerwoną sierść i rogi jak dwa potężne drągi dębu. Był najsilniejszy ze wszystkich zwierząt, a jego łagodność i spokojna natura zjednywała wszystkich mieszkańców krainy. Wojtek dźwigał na grzbiecie nawet upadłą gwiazdę i potrafił, jednym ruchem, przesunąć głaz jak piórko. „Niech będzie! Pomogę, królu, bo królestwo to dom mój!” - zaryczał i dołączył do wyprawy.
Razem podążali dalej przez szmaragdowe lasy i połacie rzepaku, gdzie spotkali najdziwniejsze stworzenia. Prześlizgując się przez mgłę nad jeziorem, w najmniejszej zatoczce jakby utkanej z brokatu, ujrzeli dwie cudowne postacie: Darię, delfina srebrzystą niczym pierwsza rosa na liściach oraz Ryszarda - niepozorną, a jakże barwną rybkę egzotyczną, z czerwonymi płetwami i oczkiem bystrym niczym ziarnko kawy.
Daria znała wszystkie tajemnice nurtów wodnych, potrafiła skakać przez tęczowe fale i podwodnych mieszkańców zapraszać do pomocy. Ryszard zaś był tłumaczem świata zwierząt - rozumiał język ptaków, nietoperzy, nawet świstaków! Przyjęli zaproszenie do drużyny, śmiejąc się przy tym, że „lepiej ratować świat razem, niż samemu szukać przygód”.
Królowały zabawy, psikusy, śpiew i śmiech, bo wyprawa była niełatwa, pełna pułapek i zagadek. Raz omal nie wpadli w pajęczą sieć czasu, którą utkała stara wiedźma, innym razem musieli pokonać most, który zbudowany był z muzyki - tylko ci, którzy zatańczą odpowiedni taniec, mogli przejść na drugą stronę.
W końcu drużyna Leopoldowa stanęła na wzgórzu i spojrzała na zamczysko Mordeka. Potwory o oczach jak rubiny i kościach jaśniejących w mroku szykowały się do walki. W mgle pobrzmiewały ponure dźwięki bębnów. Gdy zaczęła się bitwa, Kasia, zwinna jak błyskawica, przeskakiwała nad głowami nieumarłych i myliła ich akrobatycznymi sztuczkami. Wojtek, jak ogromny taran, przesuwał ciężkie głazy, zatrzymując armię cieni. Daria, z gracją cyrkowej artystki, chlapała wrogów fontannami wody i odcinała im dostęp do zamku. Ryszard zwerbował zastępy nietoperzy, które pokrzyżowały szyki Mordeka i napełniły korytarze zamku zamieszaniem.
Król Leopold stawił czoła Mordekowi w głównej sali, gdzie mroczne cienie tańczyły na podłodze. Walka była straszliwa - magiczne światła śmigały przez powietrze, a echa zaklęć odbijały się od ścian. Lecz mądrość króla i siła przyjaźni zwierząt okazały się silniejsze. Gdy Mordek podnosił rękę, by rzucić ostatni czar, Kasia przeskoczyła mu nad głową, Wojtek zaryczał, budząc duchy dawnych herosów, Daria rozproszyła czarne mgły wodą z błękitnej laguny, a Ryszard wykrzyczał tajemnicze słowo w języku nietoperzy - czar popękał niczym zbyt cienkie szkło.
Nekromanta upadł, a jego czarna armia rozwiała się jak dym na wietrze. Król Leopold i jego dzielna kompania ocalili królestwo, a lud powitał ich chórem śpiewów i radosnych okrzyków. Leopold wiedział, że prawdziwa moc nie tkwi w broni, ale w odwadze serca i przyjaźni.
Zwierzęta stały się bohaterami całej krainy. Kasia prowadziła zabawy dla dzieci, Wojtek pomagał rolnikom orać pola, Daria porządkowała rzeki, a Ryszard uczył ludzi, jak rozumieć głosy przyrody. Wszyscy żyli razem harmonijnie i szczęśliwie, sławiąc dni odwagi i ciepła. A opowieść o królu Leopoldzie, złym nekromancie Mordeku i zwierzętach z krainy czarów była powtarzana przy kominkach przez długie, zimowe wieczory.
A teraz, maleńka, podnieś główkę na poduszkę, zamknij oczy i przywołaj te cudowne zwierzęta w snach. Kto wie, może następnej nocy to właśnie Ty przeżyjesz niezwykłą przygodę w krainie magii i cudów? Dobranoc, kolorowych snów!